W lutym mówiłam Wam, że przeszłam na „zdrowy tryb życia” – taki, który ma być na całe już moje życie. W jaki sposób wpłynęły na mnie zmiany i co dokładnie nowego wprowadziłam w swoje życie? O tym właśnie jest ten wpis. Może po świątecznym obżarstwie zainspiruje Was trochę do zmiany nawyków. Zatem zaparzcie sobie zieloną herbatę i czytajcie.

Zdrowa dieta

Kilka miesięcy temu wybrałam się do przemiłej Pani Dietetyk, która choć była ogromnie sympatyczna, uśmiechnięta i posiadała dużą wiedzę z dziedziny, z której doradzała, to niestety przesłana mi przez nią dieta 1200 kcal była dla mnie nie do zaakceptowania. Jadłospis składał się głównie z kanapek, kanapek i jeszcze raz pieczywa, a na kolację sałatka. Przy moim zamiłowaniu do gotowania i odkrywania nowych smaków – nie wytrzymałabym na tych kanapkach z łososiem dłużej niż tydzień. „Dieta” została odrzucona do czasu, aż pod koniec stycznia w mojej głowie wybuchła bomba pt. „mam dość wszystkiego – czas na zmiany”. Nadzieję na udane zrzucanie kilogramów dał mi program „Kudłaci Kucharze na diecie”. Oni mogą, to i ja mogę. Zdobyłam książkę i zaczęło się. Cudowne przepisy, które nie tylko smakują, ale również wymagają ode mnie choć odrobiny twórczego gotowania (stanowczo bardziej niż umycie sałaty i wkrojenie do niej kurczaka), w dodatku jestem po nich najedzona i uśmiechnięta.
1200 kalorii to dokładnie tyle ile potrzebuję, żeby bez maksymalnych wyrzeczeń stracić na wadzę, ale też żeby utrzymać wagę w późniejszym czasie. Przez okres półtora miesiąca straciłam 10 kg. Od 2 tygodni moja waga stoi w miejscu (leciutko tylko się zniża), gdyż z różnych powodów (głównie zdrowotnych) nie udało mi się w 100% przestrzegać poniższych, założonych reguł (niestety brak sił zmusił mnie do jedzenia tego co miałam pod ręką). A jak mi się to udało? Oto cała moja tajemnica.

  • 1200 kcal dziennie (oczywiście najpierw należy skonsultować się z dietetykiem, który dokładnie wyliczy zapotrzebowanie kaloryczne naszego organizmu i doradzi co i jak jeść) dokładnie na tyle kalorii sobie pozwalam. Co ważne na te 1200 kcal składają się same zdrowe rzeczy. Wszystko gotuję sama, z jak najmniejszej ilości półproduktów. Nie ma sensu, żebyście jedli 1200 kcal, ale samych „świństw”. Wasz organizm nie zdobędzie potrzebnych do funkcjonowania witamin, zdrowych tłuszczów i węglowodanów, ale zamiast tego zgromadzi wszystko w wałeczkach. Oczywiście bywają dni, że zjem 100 kcal więcej, wtedy kolejnego dnia zjadam te 100 kcal mniej. Oto przykładowy jadłospis.

Przykładowe menuSniadanie (4)Sniadanie (3)

  • Dużo warzyw – Zawsze wydawało mi się, że jem ich dużo, ale dopiero teraz mogę to powiedzieć. To na warzywach głównie bazują moje posiłki. Na lunch, do obiadu, na kolację. Odkrywam coraz to nowsze smaki, faktury. Ostatnio zakochałam się w najzdrowszej z sałat – Sałacie Rzymskiej Mini.
  • 4-5 posiłków dziennie – dietetycy się ze mną nie zgodzą, gdyż powinno być ich 5, jednak ja, jedząca 2-3 posiłki nie byłam w stanie nagle dorzucić sobie 2 kolejnych. To było w miom dotychczasowym jedzeniu najgorsze – potrafiłam nie jeść pół dnia, żeby wieczorem rzucić się na wielką miskę makaronu z warzywami. Prawdopodobnie z powodu zbyt małej liczby posiłków (również w trakcie moich zrywów dietetycznych) mój organizm magazynował wszystko w boczkach, zamiast chudnąć. Teraz staram się jeść co 3-4 h. Wy, jeżeli możecie jedzcie 5 posiłków. Ja za jakiś czas na pewno przejdę na 5 posiłków, ale najpierw muszę się przyzwyczaić do tych 4.
  • Woda z cytryną na dobry początek dnia – magiczny napój, który nie tylko oczyszcza, jest zdrowy, ale przede wszystkim przyspiesza nasz metabolizm.
  • Śniadania – z nimi nigdy nie miałam problemu. To takie oczywiste, że trzeba je zjeść, bo zaraz będzie się głodnym, bo mózg lepiej pracuje, bo mamy więcej energii. Najlepiej jeśli śniadanie będzie pełnowartościowe – ja polecam jajka w każdej postaci oraz pełnoziarniste lub żytnie pieczywo.
  • Zdrowe tłuszcze – olej kokosowy (cudownie działa również na skórę), oliwa (do sałatek), olej lniany – to cudowne tłuszcze, które na stałe goszczą w mojej kuchni. Dodatkowo awokado, łosoś, orzechy, bo właśnie te są najzdrowsze. Wszystko oczywiście w odpowiednich ilościach. Wyeliminowałam za to olej słonecznikowy, masło i tłuste mięso.
  • Zdrowe węglowodany – tu króluje brąz. Zwykłą, białą mąkę pszenną zastąpiłam wszystkimi pełnoziarnistymi (m.in. pszenna pełnoziarnista, żytnia pełnoziarnista, orkiszowa pełnoziarnista). Makaron również tylko ten „brązowy”, ryż naturalny, a także wszystkie kasze (od tradycyjnych polskich po amarantus, komosę ryżową). Dają więcej energii i dostarczają błonnik oraz witamin.
  • Pestki, nasiona, orzechy, suszone owoce – to mój sposób na gorszy dzień i chęć podjadania. Zamiast paluszków łapię za miseczkę z migdałami, czy żurawiną. Ale uwaga! Choć są zdrowe, mają dużo kalorii, więc nie można z nimi przesadzać.
  • Owoce w kontrolowanych ilościach – posiadają dużo witamin, ale również cukrów. Dla mnie jeden owoc jest jednym z moich posiłków – najczęściej wybieram jabłko, ananasa lub banana.
  • Ryby, owoce morza i chude mięso – wszystko to uwielbiam, ale musiałam się pożegnać z pętem kiełbasy. Już mnie nie zobaczycie, jak wcinam kiełbasę zamiast batona. Chude mięso jest doskonałym źródłem białka, ryby – dodatkowo zawierają mnóstwo dobrych tłuszczy. A przecież z tymi produktami można zrobić niemalże wszystko.
  • Zdrowe, samodzielnie zrobione słodycze – skoro ma być to zmiana na całe życie, to przecież do końca życia nie rzucę słodyczy. Dlatego też wybieram te zrobione samodzielnie np. ciasto z kaszy jaglanej, z mąki pełnoziarnistej, czy też orzechów, owoców i pestek. Czekolada tylko ta gorzka, z dużą zawartością miazgi kakaowej.
  • Przegląd etykiet – K.Bosacka („Wiem co jem, wiem co kupuje”) nagadała mi tyle o tym co wybrać, że mam mętlik w głowie. Kieruje się jednak zasadą – jak najkrótszy skład na etykiecie, najlepiej brak cukru (a już na pewno nie na jednym z trzech pierwszych miejsc w składzie), jak najmniej konserwantów, barwników itp. Staram się również wybierać produkty od lokalnych, mniejszych producentów.
  • Domowe zamienniki „fast foodów” – Nikt nie powiedział, że masz nie jeść burgera, frytek, czy kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Masz ich nie jeść z budek, „restauracji” itp.- jednym słowem na mieście. Zamiast tego przygotujcie sobie to wszystko sami w domu (już niedługo podsunę Wam kilka pysznych przepisów).
  • Zupy – to świetny, niskokaloryczny i zdrowy sposób na lunch.
  • Picie dużej ilości wody i zielonej herbaty – woda to podstawa naszego organizmu. Dziennie wypijam ok. 2- 2,5 litrów wody i dodatkowo kilka kubków zielonej herbaty.
  • Spacery – minimum 30 minut dziennie ruchu. Po świętach ryzykuję i wybieram się na siłownię. Mam nadzieję, że kolano jest już gotowe na jazdę na rowerze, czy wycisk na orbitreku. Moja prywatna fizjoterapeutka pozwoliła mi na ten rodzaj ruchu. Mam nadzieję, że wszystko się uda, bo nie mogę już usiedzieć w miejscu.

Co zyskałam? Przede wszystkim czuje się lepiej, moja skóra nabrała blasku, paznokcie przestały się łamać z taką intensywnością jak wcześniej, a włosy niemalże przestały wypadać. Oczywiście straciłam również 10 kg, więc tu i tam jest mnie trochę miej (choć może nie jest to aż tak drastycznie zauważalne). W sklepie mogę radośnie przymierzać mniejsze rozmiary. Mam więcej energii, pomysłów, a pewność siebie powróciła na dobre tory. Moim celem jest zrzucenie 25 kg, ale przy 20 będę już zadowolona.

Jak się zmotywować?

Te rady dotyczą nie tylko przechodzenia na „zdrowy tryb życia”, ale mogą pomóc Ci się zmotywować w niemalże każdej dziedzinie.

1. Wyznacz sobie konkretny cel – dla mnie celem, który obecnie chcę osiągnąć jest zrzucenie do maja 5 kg. Jest to realne, choć nie do końca jestem przekonana, czy zdrowe. Do lipca chcę zrzucić kolejne 10 kg. To jest mój cel.

2. Stwórz tablicę na której zapiszesz motywujące Cie hasła lub wkleisz zdjęcia.

3. Wyobraź sobie siebie, jak będziesz wyglądać gdy osiągniesz swój cel. Najlepiej napisz go na kartce i noś ze sobą – gdy najdzie Cię ochota na batona, zajrzyj do niej i wybierz migdały, czy owoce.

4. Współdziałaj ze znajomymi – Zapytaj znajomego, czy też nie planuje osiągnąć tego samego, co Ty. Razem będziecie się motywować.

5. Zapisz w kalendarzu swoje cele oraz daty do których chcesz je osiągnąć. Co jakiś czas zapisz sobie również przypomnienie o dążeniu do celu. Gwarantuje, że gdy zobaczysz taką notatkę będziesz mieć wyrzuty sumienia, że nic nie robisz.

6. Nagradzaj się! – Nagrodą będzie również osiągnięcie celu, ale przecież maleńkie nagrody też są wspaniałą motywacją. Może to być książka, nowe narzędzie, nowy kosmetyk, czy też wyjazd. Jeżeli jesteś na diecie to lepiej nie nagradzaj się słodyczami i innymi „niezdrowymi rzeczami”, bo w takim razie po co Ci ta dieta.

Wszystkie rady sprawdziłam na sobie i widzę efekty. Sporo czytam na temat zdrowszego trybu życia (postanowiłam stworzyć serię wpisów o wartych przeczytania książkach i artykułach), jednak nie jestem dietetyczką. Jeżeli chcesz sprawdzonych w 100% rad przejdź się do dietetyka, na pewno Ci pomoże.

c.d.n.