życie offline garda

To bardzo niepopularne co powiem, w dobie gonienia za informacją, kolejnymi lajkami, szukaniem rozwiązań, wyłącz się z tego wszystkiego na chwilę i zacznij czerpać przyjemność z życia, jak dawniej.

Nie demonizuję Internetu, sama w nim pracuję od lat, więc nie wyobrażam sobie bez niego życia. Uważam jednak, że bardzo łatwo jest wpaść w spiralę szaleńczego poszukiwania informacji, sprawdzania Facebooka, czy Instagrama. Wszystko to miało nam ułatwić i upiększyć życie, a okazało się, że nie tylko zabiera nasz czas, ale przede wszystkim gdzieś zabiera radość, energię i nie daje najzwyczajniej w świecie odpocząć.

Pewnie sami wielokrotnie łapaliście się na tym, że gdy macie chwilę dla siebie, odpoczywacie na kanapie, w wygodnym fotelu, łapiecie od razu po telefon, czy laptopa by obejrzeć kolejny śmieszny filmik, sprawdzić co się akurat stało u znajomych, czy też by przeskrolować bezmyślnie feed z Insta. W pewnych momentach to się sprawdza – np. gdy przed Wami długa kolejka w urzędzie. Jednak gdy każdy wolny czas poświęca się na zaglądanie do telefonu, wtedy świat staje się troche taki pusty, bez sensu.

 

garda

 

Social Media

Od lat siedzę w Social Mediach nie tylko prywatnie, ale przede wszystkim biznesowo. Ciągle więc musze orientować się, co akurat się dzieje, co jest modne, co się zmieniło. Sprawia to wszystko, że siedzę w SM non stop, nie oddzielając już prywatności od pracy. Choć na prywatnego fb zaglądam bardzo rzadko.

Social Media to też mój konik. Poszukiwanie wiedzy w żadnej dziedzinie nigdy nie było dla mnie tak fascynujące. Problem jest jednak taki, że przez lata ciężko było doszukać się mądrych źródeł, które dawałyby wiedzę. Cóż… niektóre opracowania po pół roku traciły na ważności, bo zmieniały się algorytmy. I kiedy ja odnajdywałam swoją drogę, działałam – po jakimś czasie wszystko wywracało się do góry nogami. Taka jest Social Mediowa rzeczywistość. Nie złoszczę się. Robię swoje.

Spoglądam na kolejne konta na Instagramie z samymi selfie, które „przyciąga” tysiące followersów. Na kolejną osobę, której przyrost fanów niebezpiecznie skoczył, choć nie pokazuje (w moim odczuciu) nic ciekawego. Na blogera, który zmienia swoje upodobania w zależności od mody. Instagramera, który jest jednym wielkiem słupem reklamowym. Scrolując feed IG i widząc ciągle te same zdjęcia, z tymi samymi lokalizacjami, pozami, czy układankami – to jest piękne, ale co to wnosi do mojego życia? Wchodząc na prywatnego fb by dowiedzieć się, co dzieje się w świecie, a widząc tylko kolejne piękne sukienki, zamiast wartościowych informacji od osób, które algorytm postanowił mi gdzieś schować. Trudno się dziwić, że poczułam się po prostu zagubiona, znudzona i trochę zła. Zła, bo gdy widzę, jak w Internecie lepiej sprzedaje się gówno, śmieszne zdjęcia, niż naprawdę dobre i wartościowe treści – zastanawiam się, co się stało, że zabrnęliśmy w coś tak ogłupiającego. O Youtube już nie wspominam, bo to, co się potrafi tam dziać, mnie przerasta umysłowo. I to nie jest tak, że tylko mi to przeszkadza. Coraz częściej rozmawiam z innymi blogerami, znajomi poruszają te tematy, blogerzy piszą posty (jestRudoFashionelka na swoim Insta), widzą ten problem tak bardzo wyrażnie – brak autentyczności, gonienie ponad wszystko za sławą, utarte, sztuczne schematy, kolejne cycki i pośladki.

Uwielbiam ludzi, którzy nawet pod śmieszkami dają wartość. Nie wszystko musi do mnie docierać i mi się podobać, ale doceniam, jeśli ktoś walczy z coraz to większą patologią. Zastanówcie się kiedy ostatnio obejrzeliście sami coś mądrego, co poszerzyło Wasze horyzonty. Sama lubię rozrywkę – oglądam przy malowaniu paznokci głupiutkie filmiki, ale poważny problem powstaje, gdy tylko takie kanały wchodzą w nasz świat.

Mam do Was taką małą prośbę – doceńcie tych twórców, którzy robią coś naprawdę wartościowego, dobrego, co Was zainspiruje, poszerzy horyzonty, zmieni myślenie. Tysiące blogerów, tych małych, stara się profesjonalnie podchodzić do swojej pracy. Godzinami, po pracy, piszą teksty, wyszukując ciekawych informacji, robią zdjęcia, które Was zachwycą. Sama wolę tych małych twórców, niż wielkich blogerów, bo to Ci mali więcej wkładają w swoją pracę serca i energii, starając się dorównać profesjonalistom. Co więcej, tych dużych stać na cały sztab ludzi, którzy za nich wrzucają posty, robią zdjęcia, robią research. Mały to wszystko musi robić sam. Choć tych małych, goniących za sławą jest tak dużo, że czasem aż przeraża mnie to co widzę. Czasem są całkiem bez skrupułów. Więc wybierajcie te dobre treści.

Social Media potrafią dać wiele wartości, są też świetną rozrywką, ale w tym wszystkim trzeba też potrafić odłożyć je na bok. Mam wrażenie, że to tak wpiło się w naszą codzienność, że bez tego telefonu czujemy się jak bez ręki. Sama jestem zaskoczona, że po sobie to zauważam, a kiedyś złościłam sie o to na Ukochanego. Schowajcie głęboko do kieszeni, czy torebki telefon i zachwycajcie się tym, co Was otacza. Niech liczą się tylko te realne bodźce.

Gdy to wszystko tak mocno mnie zmęczyło, odłożyłam na pewien czas prywatne oglądanie SM. Może to ja sama narzuciłam sobie zbyt duży rygor i oczekiwania. Świat się nie zawalił, gdy nie zobaczyłam setek nowych zdjęć na IG, ale za to mogłam podziwiać rzeczywistość wokół mnie. Taką prawdziwą, piękną.

 

Życie offline

Po tym całym zamieszaniu i zmęczeniu związanym ze zmianami, organizm sam upomniał się o wolne. Mój wyjazd do Wenecji niestety był mocno męczący. Gdy wróciłam, jedyne o czym marzyłam to łóżko i spokój. Po kilku dniach pracy w łóżku (jednak biznesowe projekty, ktoś musiał przypilnować i próbowałam pisać dla Was posty) powiedziałam dość. Social Media i wpisy na blogu są jednak mniej ważne, niż moje zdrowie. Tak włączyłam tryb offline. I wiecie co? Nagle okazało się, że mam więcej energii, a choróbsko sobie poszło. Wrzuciłam na całkowity luz i robiłam tylko to, co konieczne i czego oczekiwali ode mnie klienci. Reszta – może poczekać.

Włączyłam się do normalnego świata. Poszłam na spacer, na który codziennie brakuje mi czasu. Z mężem wybraliśmy się na randkę. Po kilku miesiącach wybrałam się na powolne zakupy. Nawet obejrzałam królewski ślub Harrego i Megan. Dokończyłam 3 książki, które od kilku miesięcy leżały niedokończone na nocnej szafce. Zakochałam się w tym błogim stanie. Przez ostatnie 3 lata, tak pochłonięta byłam pracą, że zapomniałam o odpoczynku, o wyciszeniu. Moja praca, to było moje największe hobby, więc łatwo było popaść w niekończące się poszukiwanie kolejnych wyzwań, zapominając o odpoczynku. Nawet podróżując, ja ciagle miałam w głowie, że muszę znaleźć najlepszy kadr, zapamiętać jak najwięcej, by móc Wam później to wszystko opowiedzieć.

Chodząc do restauracji nie myślałam o tym, że mam ochotę pójść do mojej ulubionej, tylko chciałam pokazać Wam coś nowego, ciekawego. Co później okazało się być całkiem bez sensu. Wiecie jakie to wspaniałe uczucie odkryć, że mogę pójść do restauracji, którą lubię, zamówić to, na co mam najbardziej ochotę i nie musieć zrobić idealnych zdjęć. To było już częścią mojego życia, ale zabrakło mi w tym wszystkim tej odrobiny równowagi pomiędzy pracą, a życiem. Tego, że nie zawsze muszę być blogerką i pokazywać innym świat, a czasem wystarczy, że zrobię to po prostu dla siebie.

Tak właśnie wygląda blogerska rzeczywistość. W pewnym momencie tak bardzo zatracamy się w tym, by pokazać Wam coś ciekawego, że zapominamy o sobie, o oddechu. Zapomniałam na te lata, jak to jest przestać myśleć, zająć się tylko i wyłącznie sobą i własnymi przyjemnościami. Nawet książki czytałam już głównie branżowe.

Teraz uczę się bez wyrzutów sumienia czytać zwyczajne, proste, czasem nic nie wnoszące książki i robić sobie wolne, kiedy tylko mam na to ochotę (i kiedy mogę). Bo trzeba przyznać, że 10-12h pracy, to raczej coś, czego powinnam się wstydzić, a nie być dumna.

Mam plan odkryć nowe przyjemności, nowe pasje i zainteresowania. Może nawet wyznaczyć sobie godziny pracy i pojechać na wakacje, tylko po to by cieszyć się odpoczynkiem.

Po takim przedłużonym weekendzie – żadne lajki, żadne komentarze, wpisy i newsy nie były dla mnie ważne. I z każdą minutą moja głowa była spokojniejsza, pustsza i mniej bolała. Nagle okazało się też, że mam wenę by dokończyć po 2 tygodniach wpis i napisać dla Was to, co teraz czytacie. Nagle dostrzegłam tak wiele możliwości i to, że ogromnie mi brakowało odskoczni, nowego zajęcia, które odciagnie mój mózg od ciągłego myślenia o pracy.

 

Do sedna…

W pewnym momencie zauważyłam, że ta cała sztuczność, nabijanie lajków, boty, zmiana algorytmów, oczekiwania (głównie moje własne) tak mnie irytują i męczą, że choć bardzo chcę rozwjijać się i robić wszystko jak trzeba, to rzeczywistość po prostu mnie dopada i przytłacza. Nowe projekty, założenie w końcu wymarzonej, własnej firmy, ciągłe zmiany, perfekcjonizm, starania i brak odzewu – wszystko to dało mi się na tyle we znaki, że powiedziałam dość. Albo będę gonić za niczym i męczyć się w nieskończoność, albo podejmę decyzję – jedną z najtrudniejszych w życiu i odpuszczę. Wiecie jak ciężko przyznać się do porażki przed samym sobą? Jednak to też największy sukces, gdy możemy spojrzeć na nasze działania i powiedzieć „stop” – dalej nie ma sensu w to brnąć. Czas zaangażować się w coś nowego.

Może to nie był mój czas. Może mój charakter i upodobania nie są stworzone do życia w ciągłym konsumpcjoniźmie, z ciagłym gonieniem za czymś, udawaniem, że interesuje mnie to, co wszystkich. Ja tego wszystkiego nie chciałam. Bo jak mogę promować coś, do czego sama nie jestem przekonana. Jak mogę pokazywać swoje bardzo prywatne życie, tylko po to by zyskać rozgłos. Ani pokazywanie ciała, które w moim wypadku też nigdy nie należało do modelki, ale lubię je, choć to też niepopularne. Nie oceniam tych, którzy to wszystko robią, ale to nie moja droga i nigdy nie czułabym się z tym komfortowo. Chciałam budować wszystko na autentyczności, wiarygodności i moim własnym stylu życia, trochę odbigającym od przeciętnego myślenia i działania. Może w tym wszystkim po prostu zabrakło mi szczęścia, a może za mało potrafię się sprzedawać. Wierzę, że tak właśnie miało być i to doświadczenie do czegoś więcej prowadzi.

Choć nie osiągnęłam wymarzonego sukcesu, to wszystko było dla mnie ogromną nauką. Nauczyłam się nie tylko konkretnych umiejętności – fotografia, obróbka zdjęć, prowadzenie social mediów, seo, grafika, reklamy i wiele, wiele innych, ale również umiejętności tj. organizacja czasu, zarządzanie projektami, umiejetność wyboru rzeczy najważniejszych, trochę ryzyka i odpuszczania niektórych pomysłów (bądź też trzymania się kurczowo jednej ścieżki). Prawda jest taka, że przez te „3 lata blogowania na poważnie” nauczyłam się więcej, niż przez całe studia. To wszystko sprawia, że jestem w stanie (po ochłonięciu od decyzji) powiedzieć, że to nie była moja największa porażka, a mój sukces.

Tak właśnie postanowiłam blogowanie odłożyć już tylko jako hobby. Powiem Wam szczerze, że przez lata wierzyłam, że to może być moja praca marzeń. Ba, to była moja praca marzeń, w końcu siedziałam godzinami nad tym wszystkim – pisałam, obrabiałam zdjęcia, szlifowałam, uczyłam się, popełniałam błędy i rozwiązywałam kolejne problemy. Social Media stały się dla mnie najciekawszym punktem tej układanki, dlatego krok po kroku zdobywałam wiedzę, która przerosła moje oczekiwania. Praca blogowa to praca więcej niż na etat. W pewnym momencie pojawiły się projekty poboczne, które miały być tylko pomysłem na chwilę (w końcu, na pewno mi się uda, statystyki rosną, więc moja ciężka praca musi odnieść efekty), a okazały się być kierunkiem w którym obecnie zmierzam.

 

Nie żegnam się z Wami – w końcu to tak ważne dla mnie miejsce i ważne jest to wszystko, co z tym związane. Jednak nie wiem na jakich zasadach będę tu działać. Na pewno będzie mnie mniej, a może jakimś cudem okaże się, że nic się nie zmieni. Sama jeszcze dobrze tego nie wiem. Muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Wiem, że moje nowe projekty, które czekają na mnie, wymagają dużego zaanagażowania i ciężkiej pracy. Zaczynam się ogromnie cieszyć na myśl o nich i na to wszystko, co mnie czeka. Trochę nieznane, bardzo wymagające, ale i kreatywne. Czuję, że przede mną wielki krok do przodu, który będzie też wyzwaniem, ale może dać mi ogromną satysfakcję. Te 3 lata dały mi doświadczenie, które może przydać się w tym Nowym. Trzymajcie za mnie mocno kciuki. Może okazać się, że na blogowanie nie starczy już tego czasu, a chcę też nauczyć się odpoczywać.

Blogowanie to część mojego życia, to moja druga największa pasja, która przecież doskonale łączy się z podróżami. Nie wyobrażam sobie zostawić tego wszystkiego, by całkiem zarosło. Jednak mądrzejsi ode mnie dobrze twierdzą, że biznes musi przynosić zyski i w pewnym momencie trzeba zdać sobie sprawę, że to nie jest mądre na siłę w coś brnąć. Dlatego w natłoku myśli, zdarzeń i zmian, ja też zmieniam swój kurs. Nadal możecie śledzić mnie na Instagramie, gdzie coraz częściej opowiadam o podróżach. Nadal będę pojawiać się na Facebooku i mam nadzieję, że mimo wszystko zostaniecie ze mną i raz na jakiś czas zainspirujecie się do pięknych podróży ze Złodziejką Świata.

 

 

 

 

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz