Sardynia wyjazd z biurem podróży

Wyjazd z biurem podróży wydawał mi się czymś koszmarnym. Wszystko planują za mnie (a to przecież jedna z najprzyjemniejszych rzeczy), prowadzona jestem niemal za rączkę (niektórzy tego właśnie oczekują), w hotelu podtykają wszystko pod nos, by móc czuć się jak król (w moim przypadku – królowa), tylko drinki, jedzenie nakładane za dużych porcji, dziwne aktywności nad basenem, nuda, a w dodatku towarzystwo, uznajmy, że zbyt wymagające od innych, a nie koniecznie od siebie. Taka wizja układała mi się w głowie, gdy myślałam o wakacjach z biurem. Jak dla mnie – koszmar!

 

Zakup wyjazdu z biurem podróży

Jak już wiecie, na Sardynię polecieliśmy z biurem podróży. Było to dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Trochę uwierające moje ego i wbijające się niechętnie w przekonania. O Sardynii marzyłam od lat, potrzebna nam była wakacyjna ucieczka od rzeczywistości, a ceny organizowania w tym terminie urlopu na własną rękę – zwalały z nóg. Postanowiliśmy wybrać się na „last minute”. Nie mieliśmy ściśle określonego terminu, choć kilka spraw musieliśmy przed wyjazdem uporządkować, czy też, po prostu wykonać.

Przez kilka dni monitorowałam największe biura podróży w poszukiwaniu najwspanialszych perełek. Część z nich od razu odpadała – Turcja, Egipt, Tunezja to kompletnie nie nasze kierunki. Część wydawała się zbyt oczywista i nudnawa. Raz już kupowałam świetną ofertę na Wyspy Zielonego Przylądka, ale po szybkim przekopaniu Internetu – odpuściłam. W końcu znalazła się oferta, dzięki której zabiło mi mocniej serce. Sardynia za 1300 zł od osoby. Tylko termin kolidował z długo wyczekiwaną wizytą u lekarza. Musiałam odpuścić, ale postanowiłam, że będę próbować za tydzień.

Dzień w dzień sprawdzałam oferty na kolejny tydzień. Ceny skakały jak szalone. Gdy jednak pojawiło się 1800 zł, wiedziałam, że jestem na dobrej drodze. Na dwa dni przed wylotem cena pojawiła się jeszcze niższa. Umówmy się 1400 zł za lot, hotel ze śniadaniami i obiadokolacjami nie zapłaciłabym w tym terminie nigdzie. Kto nie chciałby skorzystać?

 

View this post on Instagram

Ciekawi mojej opinii o wyjeździe z burem podróży? ⠀ ⠀ Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Po prostu z dnia na dzień miałam zaplanowany wyjazd i musiałam tylko skupić się na tym, co zobaczyć na tej wspaniałej wyspie. To może być wygodne i to świetne rozwiązanie dla wszystkich, co jeszcze boją się podróży na własną rękę, tych co znaleźli wolny termin z dnia na dzień, albo dla tych co zaspali rezerwowanie tanich lotów i hoteli z wyprzedzeniem (cóż… to my).⠀ ⠀ Chyba będę szukać kolejnych wyjazdów last minute, ale tylko w tak świetnej cenie i w sezonie (może Gracja jesienią? A może Majorka?). Jednak gdybym miała zapłacić pełną cenę, to ten wyjazd nie byłby już tak opłacalny, nawet w szczycie sezonu. ⠀ ⠀ Takie wyjazdy nie zastąpią mi radości z samodzielnego planowania, ale jako wyjście awaryjne będą super. Szczególnie te najprostsze ofert – lot i nocleg. Baseny, pokoje z widokiem, all inclusive, alkohole, przekąski, hotel przy plaży – ja po prostu nie potrzebuję. Oby było wygodne łóżko, klimatyzacja i dobra lokalizacja. Aaaa… oczywiście wynajęty samochód, aparat, plan zwiedzania i Ukochany. ⠀ ⠀ ⠀ Post nie jest sponsorowany przez biuro podróży, ale jestem pewna, że będziecie o to pytać. Ja jestem z @itakapl zadowolona i muszę przyznać, że mieli najlepsze oferty z dnia na dzień.⠀ ⠀ ⠀ #olbia #itakapl #sunsetview #sunset_lovers #sunset_pics #sunset_hunter

A post shared by Aleksandra Stromecka (@thiefoftheworld) on

 

Moje wakacje z biurem podróży

Najgorzej było na lotnisku. Bo przecież przy zakupie nie dostałam biletu, numeru lotu, a nawet (co mnie przerażało) nie było odprawy internetowej. Musiałam liczyć na cud, więc zadzwoniłam na infolinię, by o wszystko dopytać. Pan podał mi przewoźnika i z potwierdzeniem zakupu kazał stawić się na lotnisku. Tyle. Dziwne to.

Na lotnisku zaczął się mały koszmarek – wrzeszczące dzieci, długaśna kolejka (a właściwie kilka, bo przecież każdy musi dojść z innej strony) do nadania bagażu i turyści, którzy w większości nie wystawią nosa spoza hotelowej plaży, czy basenu (co już na lotnisku obfituje w dość ciekawe doświadczenia). Zganiłam się za ocenianie innych i postanowiłam przestać zwracać na współpasażerów uwagę. Mam plan – wyłączam myślenie.

Samolot opóźniony – 2 h (z tego co zauważyłam to normalne w biurach podróży). Dziecko nadal drze się na cały hol, mężczyźni oglądają mecz, a ja niewzruszona czytam książkę. „Jakoś to przetrwam.” – chodzi mi po głowie.

Gdy dolatujemy na Sardynię, cieszę się jak nigdy. Ciepłe powietrze, tak cudownie pachnące w Italii.

I co dalej? W normalnych warunkach już bym wiedziała gdzie szukać autobusu, albo gdzie udać się do wypożyczalni. Teraz czuję się jak zagubiona owieczka. W głowie układam alternatywne wersje i idę za tłumem. Ktoś macha jakąś wielką kartką mojego biura – jestem uratowana. Rozdzielają nas po autobusach. Mamy farta – wysiadamy pierwsi (my w hotelu byliśmy około 1 w nocy, a niektórzy docierali do siebie około 5 nad ranem).

Ranna pobudka i ruszamy na śniadanie. Pewnie, gdybym zapłaciła normalną kwotę, to bym się zdenerwowała. Monotonnie, niesmacznie, koszmarna jakość składników i kuchnia zupełnie nieprzypominająca tej przepysznej, włoskiej. Prawdę mówiąc kilka razy nic nie tknęłam, bo ile razy można jeść obrzydliwą jajecznicę (jak widać można i to zepsuć) z niedojrzałymi pomidorami. Nawet kawa nie była z ekspresu. Więcej wyboru nie miałam z racji IO.

Kolacja serwowana. Można wybrać sobie dania i wypisać alergeny. Angielskiego właściwie nie znają, więc idzie w ruch słownik polsko-włoski. No nic – wybieram mniejsze zło, najwyżej zje to Ukochany. Niestety kolacje były jeszcze gorsze. Tak źle przyrządzonych włoskich dań nie jadłam chyba nigdy, a już na pewno nie we Włoszech. Wielokrotnie wychodziłam z kolacji głodna, bo nic zjeść nie mogłam, albo było obrzydliwe (uwierzcie, że zdarzyło mi się coś takiego tylko kilka razy w życiu, a tu niemal na każdej kolacji).

Plus restauracji – zachwycający widok. Idealnie na miasteczko i zatokę z portem. Przepięknie, tym bardziej, że zazwyczaj podziwialiśmy podczas kolacji zachody słońca.

Do hotelu właściwie nie miałam zastrzeżeń – czysto, bardzo ładne pokoje (co prawda z widokiem na skały, bo za widok i hałas trzeba było dopłacać), cudowna obsługa, która pomogła nam kilkukrotnie, basen z widokiem na wspomniany już port. Może tylko Internet nie działał, jak byśmy chcieli, ale w sumie i tak nas właściwie na miejscu nie było.

Już pierwszego dnia podjechaliśmy na lotnisko, by wynająć auto i tyle nas widziano. Z biurem nie mieliśmy już więcej styczności, aż do samego lotniska. I to mi się podobało. Może z wyjątkiem krótkiej wymiany zdań z sympatycznymi współtowarzyszami, którzy z tego co wiem, nie wyściubili nosa poza najbliższą plażę, do której trzeba było dojechać autobusem. Co kto lubi, choć widząc te wszystkie wspaniałe widoki uważam, że to co najwspanialsze stracili.

 

wyjazd z biurem podróży

Czy teraz tak będziemy podróżować?

Teraz gdy o tym myślę, zbyt wiele (głównie negatywnych) emocji miałam wokół tej „biurowej podróży”. Oczywiście trzeba było wziąć poprawkę, że część pasażerów będzie robiło jakieś problemy (nie będę tych lotniskowych awantur przytaczać), czy że na początku można poczuć się jak baran. Grunt to wyłączyć myślenie i za tym stadem podążać.

O hotelu czytałam opinie przed zakupem wycieczki i pewnie gdybym miała za nią zapłacić te 3 500 za osobę, to bym go nie wybrała, ale za 1400 zł cieszyłam się z tego co mam (z resztą gdyby nie kuchnia to było super).

Wątpię bym często wybierała tę formę podróży, bo uwielbiam samą organizację i ekscytację związaną z czekaniem, z kolejnymi krokami, załatwianiem, poznawaniem informacji. Jednak jeśli znajdą dobrą ofertę last minute, to czemu nie. W ciekawe kierunki, jeśli będziemy mieli akurat z dnia na dzień pieniądze, czas i ochotę. W rewelacyjnej cenie – przetrwam wszystko. Choć wiem, że nie będzie to mój główny tryb podróżowania. Jednak za bardzo lubię mieć wszystko poukładane pod siebie.

 

Jak to wyszło cenowo?

Biorąc pod uwagę ze mieliśmy zapewniony przelot, nocleg, śniadania i kolacje. To oferta była świetna. Powiedziałabym, że szkoda by było nie skorzystać.

Niestety są też minusy, na które warto zwrócić uwagę.

Niby 8 dni, a okazało się ze na miejscu byliśmy 6 (wiedzieliśmy o tym wcześniej sprawdzając godziny lotów, ale wyszukiwarka pokazuje dni 8).

Jedzenie hotelowe nie należy do najsmaczniejszych i wydaje mi się, że większość hoteli ma z tym mniejszy lub większy problem. Nawet śniadania po 3 dniach były już niezjadliwe. Próbowaliście przez tydzień jeść ciągle to samo, w dodatku bez alternatywy i z gorszej jakości składniki? Lokalna kuchnia jest przepyszna, więc po co męczyć się w hotelu.

Rzadko podróżujemy latem – ze względu na ceny i na tłumy. Dlatego do porównania mieliśmy zeszłoroczna Sycylię. Z tego co pamiętam organizowaliśmy ją 2-3 tygodnie przed podróżą (czyli trochę późno i wiele najtańszych miejsc było już zajętych). Wyliczając więc wszystkie koszty, jakie ponieśliśmy na Sardynii (wycieczka, samochód, paliwo, kilka lunchy/kolacji, lokalne smakołyki, bilety wstępu itp.) do kosztów Sycylii (lot, nocleg ze śniadaniem, samochód, paliwo, kolacje i lunche, wejścia itp.) to okazało się, że przy tej atrakcyjnej ofercie zapłaciliśmy połowę tego, co na Sycylii. Jednak, jeśli mielibyśmy zapłacić pełna kwotę wycieczki, to wyszłoby więcej, w dodatku za 2 dni krócej.

Dla mnie wniosek wysuwa się sam. Biuro podróży – tylko atrakcyjne last minute.

 

Plusy i minusy wycieczki z biurem podróży (last minute)

Plusy

  • Gdy ktoś boi się organizacji na własna rękę tu ma wszystko zrobione – to świetny sposób by się przełamać.
  • Świetne ceny tuż przed sezonem na kilka dni przed wycieczką.
  • Wszystko zapewnione – lot, dojazd, nocleg, czasem wyżywienie.
  • „Opieka” rezydenta.
  • Wycieczki zorganizowane, często z przewodnikiem (za to po cenach kosmicznych).

 

Minusy

  • Wyjazd z dnia na dzień.
  • Różne kierunki, ale może się okazać, że nie ma dla nas nic ciekawego.
  • Mały wybór.
  • Późne/bardzo wczesne wyloty.
  • Opóźnienia samolotów.
  • Rozwożenie z lotniska od hotelu do hotelu.
  • Hotelowe jedzenie (to oczywiście zależy od samego hotelu).
  • Najsłabszy standard pokoju (za widok trzeba dopłacić).
  • Nie mamy na wszystko wpływu.
  • Ceny wycieczek dodatkowych.
  • Towarzystwo – nasz hotel nie był „typowym biurowym hotelem”, więc głównie przebywali tam Włosi zwiedzający okolicę (całe szczęście), ale domyślam się, że można trafić na niezłych imprezowiczów.

 

Okazało się, że wyjazd z biurem nie jest wcale taki straszny, jak mi się malował. Nie brakowało mu minusów i po pełnej cenie wróciłabym pewnie wściekła, ale przy korzystnych ofertach można przymknąć oko na pewne niedogodności. W końcu jedziemy tam pozwiedzać, poodkrywać przepiękne miejsca.

Trzymam kciuki, żebyście też złapali nie jedną taką okazję, ale dobra rada – resztą już zajmijcie się sami i odkrywajcie miejsce na własną rękę.