Wyobraźcie sobie, że budzicie się w idealnym, wymarzonym przez Was miejscu. Wokół słychać odgłosy zwierząt – pianie koguta, cykady (a może żaby?). W powietrzu unosi się zapach ryżu, a za zasłonami delikatnie widać cienie palm.

Wychodzę na balkon i z niedowierzaniem widzę bananowiec rosnący dziko tuż za ogrodzeniem. Obok mnie przelatuje motyl wielkości niemal mojej dłoni, a przede mną rozciąga się widok na pola ryżowe.

Jestem w swoim wymarzonym raju! Szczypię się w rękę wielokrotnie, by być pewną, że nie śnię. Ale to jednak prawda. Jestem na Bali!



Ubud miasto intensywnych doznań

Wyjście na ulicę jest ogromnym szokiem. Wszystkie zmysły zaangażowane są w jednym momencie w poznawanie. Pierwsze kroki robię dość niepewnie. Trochę zaskoczona intensywnością wszystkiego.

Ubud to miasto, przez które przetaczają się tłumy turystów. Niemal każdy będąc na Bali, wcześniej czy później się tu znajdzie. Pewnie dlatego główne ulice są ciasne, głośne i zatłoczone. Ciężko przedostać się na drugą stronę jezdni, a sposób w jaki tu się jeździ, przyprawia mnie o ból głowy. Skutery są wszędzie i wyjeżdżają w najmniej oczekiwanym momencie. Tu ktoś woła do taksówki, tu zachęca do zakupu, a ilość nowych wrażeń wypełnia każdą część mojego ciała.

Ubud kojarzy mi się z kolorami – przyozdobionymi bramami, świątyniami, kolorowymi darami złożonymi przed wejściem do każdego (!) domu, sklepu, restauracji, hotelu. Barwami strojów mieszkańców. Pięknymi sarongami i koronkowymi bluzkami. Kwiatami we włosach.

Cała wyspa pachnie ryżem, takim intensywnym, dobrze ugotowanym. Ten zapach hipnotyzuje i sprawia, że cały czas jestem tu głodna, a ryżem zajadam się, jak najlepszym smakołykiem. W końcu ten ryż tutaj to jest zupełnie inny ryż.

Pachnie tu też kadzidełkami zmieszanymi z zapachem kwiatów, owoców i tego ryżu.



Udud – świątynie, muzea i pałace

Choć wszystko w koło bombarduje swoją intensywnością, ja chcę zobaczyć jak najwięcej. Ubud to kulturowe i artystyczne centrum wyspy. Najwięcej się tu dzieje.

Pod Ubudem znajduje się najpiękniejsza i najbardziej mistyczna w swoim wyrazie świątynia, jaką widziałam na wyspie, ale i w mieście można znaleźć kilka wartych odwiedzenia perełek architektonicznych. Ja bez zastanowienia wybieram te w samym centrum.



Pura Taman Saraswati

Najbardziej znana i chyba najpiękniejsza świątynia w centrum Ubud. Często nazywana też Ubud Water Palace. Wynurza się z wody pokrytej kwiatami lotosu.

Oczywiście przetaczają się przez nią tłumy turystów, a miejsca modlitwy zamknięte są dla odwiedzających. Jednak rzeźby, ogród na wodzie, piękne zdobienia bram warte są zobaczenia.

Wieczorami odbywają się tu pokazy Kacaka.



Ubud Palace

Pałac królewski obecnie jest głównym centrum artystycznym miasta. Warto przejść się w przeróżne zakamarki, odkryć rzeźby i zaskakujące kształty. Mnie może nie zachwycił, ale zainteresował pięknymi bramami.

Ta architektura jest inna. Często budynki porośnięte są mchami. Wszystko sprawia wrażenie, jakby się było w opuszczonym, bardzo niezwykłym miejscu.

Wieczorami odbywają się tu pokazy balijskiej kultury – Legong.

Museum Puri Lukisan i Don Antonio Blanco Museum – dwa muzea nawiązujące do kultury balijskiej. Ogromne i przepiękne budowle. Prawdopodobnie warte odwiedzenia, jednak niewiele mogę o nich powiedzieć. Zachwyciły mnie swoją architekturą, ale niestety nie odkryłam, co znajduje się w ich wnętrzach.



Monkey Forest

To miejsce mnie ciekawiło i przerażało zarazem. Ile to ja się naczytałam o chorobach przenoszonych przez małpy. O kradzieżach sprzętu, złośliwości tych stworzeń. Niektórzy nawet boją się tu wchodzić. Ja jak zawsze aż nadto przygotowana, zostawiłam wszystko, co mogłoby zaciekawić małpy przy wejściu, przeczytałam regulamin – dobre rady dotyczące obcowania z małpami i ruszyłam, zachwycając się samym lasem, a właściwie kawałkiem intensywnie zielonej dżungli w środku miasta. Nawet nie zauważyłam, kiedy przeszłam obok pierwszej małpy.

W Monkey Forest jest ciemno, wilgotno, trochę niczym z filmów podróżniczych. Wszystko obrasta mchem. Słońce tylko gdzieniegdzie przebłyskuje przez wielkie pnącza i wielkie korony drzew.

Jest zachwycająco i dużo bardziej dziko, niż można się spodziewać.

Odgłosy małp buszujących gdzieś na drzewach czasem wprawiają mnie w przerażenie, ale gdy spoglądam na nie, widzę, że skaczą sobie gdzieś daleko ode mnie.

Dla tych bojących się małp – te zwierzęta naprawdę nie są groźne (spokojniejsze niż w Tajlandii) pod warunkiem, że przestrzega się zasad. Oczywiście są to dzikie zwierzęta. Nie wolno ich dotykać, karmić, ale co ciekawe nie wolno im też patrzeć w oczy. Po całym miejscu chodzą również opiekuni, dobrze wiedzący, jak reagować na groźne (i te mniej) sytuacje.

Monkey Forest to przepiękny park z porozrzucanymi kładkami, strumieniem, rzeźbami czy świątynią. Zwisające liany, wielkie drzewa i palmy, obserwacja małp. Cisza w centrum tętniącego życiem miasta. Wszystko robi imponujące wrażenie.

Nawet jeśli nie dla małp warto wybrać się tu właśnie dla całej atmosfery, widoków i doznań. Warto!



Art Market (czy też po prostu Ubud Market)

Do Art Marketu nie dotarłam (nie wiem, jak ale nie mogłam go znaleźć), ale jest też drugie miejsce rozpusty, które całkowicie mnie wciągnęło – 3-poziomowy market z cudownymi, często ręcznie wykonywanymi rzeczami. Plecione torebki w kształtach, rozmiarach i kolorach o jakich się nie śniło. Kolorowe chusty i sarongi (warto kupić na początku wyjazdu -przydaje się przy wejściach do świątyń, ale i do okrycia przed dużą klimatyzacją). Bambusowe słomki, łapacze snów, biżuteria, miski i talerze. Pamiątki, koszulki, sukienki i co tylko jeszcze wymyślicie.

Targowanie się to tutaj podstawa. Zaczynałam niemal od zera (100 rupii – ok. 30 zł) by spotkać się gdzieś w połowie. Z drugiej strony doskonale działa odchodzenie ze stoiska – nagle cały tłum (nie tylko ten jeden handlarz) chce mi coś taniej sprzedać.

Wróciłam więc z łapaczem snów, torebkami, sukienką i spodniami, bambusowymi słomkami, miseczkami, wachlarzem, sarongiem, kadzidełkami, topem robionym na szydełku i biżuterią dzwoniącą na moim nadgarstku. Nie ma lepszego miejsca na Bali do zrobienia takich zakupów.

Ubud to też miasto sklepów z cudowną odzieżą. Styl boho króluje tu w większości miejsc, a ja musiałam mocno się powstrzymywać, żeby już pierwszego dnia nie wydać wszystkiego na te piękne ubrania. Całkowicie wpasowali się w mój gust. Choć też ilość sklepów Ralph Lauren powala – niemal na każdym kroku można zobaczyć wielkie sklepy marki.

Art Market – Jl. Raya Ubud No.35, Ubud



Restauracje i kawiarnie w Ubud

Po spotkaniach z małpami, podziwianiu świątyń i pałaców, zakupach i poznawaniu miasta, czas poznać (nie tylko) lokalną kuchnię. Bali to raj dla wegetarian. Jadłam tu tak dużo przepysznych dań, że tęsknię za większością.

Kuchnia indonezyjska jednym zasmakuje bardziej, inni przejdą obok niej raczej bez zachwytów. Głównym produktem jest tu oczywiście ryż – gotowany, jako dodatek, smażony z warzywami. Same smaki nie są jakoś zaskakujące. Raczej dość proste i mało aromatyczne. Ostrość dań też raczej nie poraża. Mimo wszystko mi tu bardzo smakowało.

Oprócz tradycyjnych warungów w najbardziej popularnych turystycznie miejscach można znaleźć prawdziwe restauracyjne perełki. Chciałabym, żeby w Warszawie było ich choć kilka. Miejsca z takim klimatem, trochę tajemnicą, nierzadko z historią i misją. Serwujące doskonałe, zdrowe dania. Inspirowałam się tym wszystkim i spisywałam tajne składniki by odtworzyć wszystko we własnej kuchni.

Restauracje, które szczególnie polecam w Ubud (choć o smakach Bali chcę jeszcze się rozpisać później):

  • Mama’s Warung – doskonały na lunch. Szczególnie warto zamówić tu sataya. (Jl. Tebesaya No.29, Peliatan)
  • Clear Cafe – miejsce doprawione magią z doskonałą zdrową kuchnią. Koniecznie chociaż na kawę. (Jl. Hanoman No.8)
  • Suka Espresso – doskonałe jedzenie, bardzo uzależniające. (Jl. Raya Pengosekan Ubud No.108)


Uduchowiony Ubud

Ta część Ubudu odpowiadająca za uduchowienie – joga, masaże, medytacja jest też bardzo ważna dla turystów. Tak naprawdę nie znajdziecie tego wewnętrznego spokoju w mieście, ale jeśli odjedziecie kawałek dalej, w stronę tarasów ryżowych albo dżungli, nagle świat zmienia się diametralnie. Zamiast hałasu słyszycie tylko odgłosy natury. Zamiast tłumów macie przestrzeń idealną do medytacji. To właśnie obrzeża Ubudu słyną z wyciszających właściwości. (Jednak o tym postaram się napisać więcej w kolejnym wpisie.)

Oczywiście w samym mieście też są szkoły jogi, masaże, ale nie wiem jak w tym hałasie można się skupić i zrelaksować. Kilka kilometrów dalej wszystko nastraja do wyciszenia.



Lagong i Kacak

Ubud kojarzy mi się też z kulturą. W Pałacu Królewskim, Pura Taman Saraswati, muzeach, ale i w wielu innych miejscach można obejrzeć jedno z przedstawień nawiązujących do kultury wyspy. My wybraliśmy Legong and Ramayana, czyli historię Ubudu zamkniętą w jednym przedstawieniu. Te ruchy, stroje i muzyka grana na instrumentach przypominających cymbały – ciekawostka i przeżycie w jednym.



Prędzej czy później wszyscy przybywają do Ubud. I to najlepsze co może się Wam przydarzyć, bo nie ma lepszego miejsca na odkrycie wyspy. Wszystko ukryte w jednym mieście. Tak intensywne.

Ubud mnie rozkochało w sobie i tylko tu mogłabym zamieszkać. Pomimo tego gwaru, nieustannych korków i zapachów świdrujących w nosie. Może nie w samym centrum, ale gdzieś na obrzeżach, z widokiem na tarasy ryżowe, albo na dżunglę. To miasto mnie wciągnęło i marzę o więcej.